Wywiad z Igorem Witkowskim

Supertajne bronie Hitlera a UFO

Hitlerowska wunderwaffe („cudowna broń”), to nie, osławione pod koniec wojny pociski V-1 i V-2, to ciągle supertajne technologie nowej generacji oparte na prawach fizyki do dzisiaj niezrozumiałych dla akademickiej nauki. O tych niezwykłych tajemnicach rozmawiamy z autorem pierwszych w Polsce książkowych publikacji na ten temat.

Igor Witkowski, rocznik 63, dziennikarz i podróżnik. Od lat zajmuje się zagadkami przeszłości i najnowszymi technologiami wojskowymi. W 1992 roku redaktor naczelny miesięcznika „Technika Wojskowa”. Autor książek: „Wizyty z nieba?”, „UFO – przełom”, „Supertajne bronie Hitlera” (cz. 1 i 2), autor pierwszych polskich filmów wideo o tematyce paleoastronautycznej pt. „Tajemnice Ameryki Południowej” i „Ameryka Południowa – korzenie tajemnic”.

Historia niemieckiego faszyzmu nadal pełna jest niewyjaśnionych zagadek. W oficjalnej historii wręcz pomija się znaczenie różnego typu mistycznych grup i stowarzyszeń takich jak „Tule”, „Vril” czy „Czarne słońce”. Jaka jest Pana ocena tych mało znanych kart historii?

Najnowsze badania w tym względzie rzucają zupełnie nowe światło na znaczenie wielu organizacji działających w Trzeciej Rzeszy, których znaczenia w pełni nie rozumiano ze względu na to, że sprawy te objęte były ścisłą tajemnicą. Dochodzi do tego fakt, że niektóre niemieckie projekty tak daleko wybiegały w przyszłość, że współcześni nadal mają kłopoty ze zrozumieniem ich sensu. Wiemy, że wiele organizacji o charakterze mistycznym działających w ramach SS pełniło kluczową rolę w badaniach naukowych i projektach wojskowych. Istniała na przykład organizacja wykorzystująca więźniów do pseudomedycznych eksperymentów i zajmująca się m.in. pierwszymi w świecie badaniami zmierzającymi do przygotowania człowieka do lotu w kosmos. Jeszcze przed powstaniem Trzeciej Rzeszy takie organizacje mistyczne jak „TULE” czy „VRIL zaangażowane były w zbieranie informacji na temat obiektów latających o całkiem rewolucyjnych możliwościach i parametrach technicznych.

W czasie drugiej wojny światowej wielu pilotów alianckich obserwowało dziwne świetliste kule „ foo fighters”. Czy były to niemieckie obiekty czy też miały pozaziemskie pochodzenie?

Nie wiemy co kryje się za tym zjawiskiem. Niemniej posiadamy informacje, że Niemcy pracowali w czasie wojny nad skonstruowaniem obiektów wykazujących bardzo podobne cechy. Przypomnijmy, że te świecące kule, wielkości piłek, pojawiały się wokół alianckich samolotów manewrując w bardzo ruchliwy i niekonwencjonalny sposób. Wedle najnowszych informacji można uznać za

prawdopodobne, że były to wytwory niemieckiej techniki. Sam fakt, że przede

wszystkim widziano je wokół formacji alianckich bombowców daje sporo do myślenia. Niewykluczone, że służyły one do zakłócania aparatury pokładowej.

Do najbardziej dziwacznych niekonwencjonalnych dział niemieckich należała tzw. „stonoga”. Jak działała ta broń?

Przykład tego dalekosiężnego działa pokazuje, że Niemcy próbowali w swoich eksperymentach iść jednocześnie w bardzo wielu kierunkach. Jak wiadomo sprawa tego działa nie została zakończona sukcesem. Posiadamy zdjęcia tego działa wielokomorowego zainstalowanego między innymi w Międzyzdrojach. „Pełnowymiarowy” prototyp miał lufę o długości 130 metrów z demontowanymi w poprzek, co około 2 metry, krótkimi komorami bocznymi.

Chodziło o to, aby nadać pociskowi maksymalne przyśpieszenie. Najpierw odpalano ładunek miotający na dole lufy a następnie, wraz z przelotem pocisku, odpalały kolejne ładunki z bocznych komór przyśpieszające jego lot. Niestety, lufy były rozrywane pod wpływem tak dużego ciśnienia. Nie dysponowano wówczas odpowiednimi stopami metali.

Były jednak bardziej trafne projekty …

Istniało ich wiele bardzo i wykraczały w przyszłość. Wystarczy wspomnieć na przykład, że rakieta V-2 miała na swoim pokładzie pierwszy w świecie cyfrowy przelicznik balistyczny, pierwowzór pierwszego współczesnego komputera. W Lubaniu na Dolnym Śląsku Niemcy prowadzili prace nad czymś co nazywano metalowymi lampami, pierwowzór dzisiejszych tranzystorów. Warto przypomnieć, że jedna z wersji pocisku rakietowego klasy powietrze-ziemia miała być wyposażona w kamerę telewizyjną o rozdzielczości 300 linii i ważyła zaledwie dwa i pół kilo. To znaczy, że Niemcy w wielu dziedzinach bardzo posunęli się naprzód, nieraz o kilkadziesiąt lat. Wiele tych spraw ciągle objęte jest tajemnicą.

W pana książce można wyczytać między wierszami, że nasze służby specjalne ujawniły dokumenty na temat projektu „Chronos” a Pan został przez nie poproszony o analizę tych dokumentów.

Najnowsze informacje wskazują na istnienie nie znanych dotąd najtajniejszych projektów Trzeciej Rzeszy. Do nich należy program „Chronos” realizowany zresztą na terenie Dolnego Śląska, o którym dzisiaj od niedawna wiemy dzięki dokumentacji z działań wywiadowczym jakie prowadziła Polska i Związek Radziecki po zakończeniu wojny. Informacje te pochodzą od oficerów polskiej misji wojskowej w Berlinie a konkretnie od pułkownika Władysława Szymańskiego, który prowadził przesłuchania Niemców oraz generała Jakuba Brawina, który tą misją kierował. Ludzie ci zginęli w tajemniczych okolicznościach jednak informacje o ich pracy zostały zachowane. Zasadniczym elementem tego projektu było urządzenie o nazwie „Glocke” („Dzwon”).

Czy był to był to rodzaj napędu grawitacyjnego czy trzon pojazdu?

Analizy techniczne dostępnej mi dokumentacji nasunęły przypuszczenie, że urządzenie to mogło wykorzystywać jakieś efekty grawitacyjne. Coś takiego jak antygrawitacja jest możliwe. Wskazują na to najnowsze prace publikowane w niektórych czasopismach naukowych. Do tej pory nie miałem pewności, że ten tzw. dzwon miał być częścią jakiegoś zespołu napędowego. Były to tylko przypuszczenia logiczne. Najnowsze jednak dokumenty wskazują na istnienie w tutaj bezpośredniego powiązania. Brytyjskie służby specjalne ujawniły raport przygotowany w lecie 1946 roku, który wskazuje, że Niemcy eksperymentowali z wirowaniem rtęci jako źródłem napędu nowych obiektów latających. Oznaczone było to kryptonimem ……… .

Najbardziej spektakularnym osiągnięciem niekonwencjonalnych technologii

Trzeciej Rzeszy były pojazdy typu „Vril” i „Haunebu”

Informacje ze źródeł niemieckich mówią, że obiekty te miały zupełnie rewolucyjne i osiągi w porównaniu do dotychczasowych parametrów na przykład samolotów bojowych o napędzie konwencjonalnym. Potrafiły przekraczać wielokrotność prędkości dźwięku. Mogły wylatywać poza atmosferę ziemską. Na pozór brzmi to jak fantazja. Jednak opis tych obiektów bardzo dobrze pasuje do dzisiejszych, najnowszych prac w tej dziedzinie. Możemy uznać, że taka rewolucja techniczna mogła być dokonana przez hitlerowskie Niemcy. Głównym problemem obecnie jest brak jest spójnej teorii wyjaśniającej działanie tych urządzeń. Ich zachowanie jest pozornie sprzeczne z naszą dzisiejszą wiedzą. W związku z tym przynajmniej cywilni naukowcy, z pewnymi wyjątkami, tym się nie zajmują.

Coś jednak wiemy o zjawisku sztucznej grawitacji?

Istnieją współcześnie badania naukowe i publikacje, które wskazują jednoznacznie, że zjawisko takie jak antygrawitacja jest możliwe. Można je osiągnąć i podawane są określone wskazówki jak tego dokonać. Mam podstawy by przypuszczać, że gros tych badań prowadzonych jest w tajemnicy w związku z tym nie wiemy dokładnie jakie są ich efekty. Prace te, w niektórych placówkach, prowadzone są od kilkudziesięciu lat. Należy przypuszczać, że osiągnięto tam konkretne rezultaty, ale my o tym prawie nic nie wiemy.

Czy na terenie dzisiejszej Polski budowano „latające talerze”?

Wiemy, że większość omawianych eksperymentów prowadzono na terenie dzisiejszej Polski. Były tu laboratoria Siemensa, Boscha. W 1944 roku prace te zostały skomasowane w Książu, ale nie w kompleksie znajdującym się bezpośrednio pod zamkiem Książ, ale w podziemiach „starego zamku” w kompleksie „Riese” („Olbrzym”) zniszczonym później całkowicie przez armię sowiecką. Pod koniec 1944 roku prace te zostały najprawdopodobniej przeniesione do Ludwikowic Kłodzkich. Znajdują się tam resztki zabudowy, której przeznaczenie odpowiada warunkom pionowego startu i lądowania. Są to urządzenia bardzo charakterystyczne i te wykorzystywane wówczas odpowiadają tym, jakie wykorzystuje się współcześnie dla pojazdów pionowego startu. Dodam jeszcze, że badacz historii Książa – Tadeusz Słowikowski z Wałbrzycha zapoznał mnie z pisemnymi relacjami dwóch świadków opisującymi loty w pobliżu Zamku Książ obiektu charakteryzującego się „kulistą szklaną kabiną z poruszającym się wokół niej poziomo pierścieniem”. Załączone rysunki ukazywały obiekt o kształcie zbliżonym do dysku.

Dlaczego polskie władze od prawie 50 lat nie są w stanie spenetrować tych podziemnych kompleksów? Indolencja władz czy to profesjonalizm niemieckiej agentury?

Podejmowano wielokrotnie próby dotarcia do tych obiektów pomijając oczywiście Książ, który dokładnie został spenetrowany przez Armię Radziecką.

W 1947 roku powołano specjalne przedsiębiorstwo, które miało zająć się dotarciem do podziemnego obiektu przemysłowego w Głuszycy powiązanego z tymi sprawami. Nie udało im się tam dotrzeć. Nie wiem dlaczego. Wejścia te zostały później zasypane. Podejmowano wielokrotnie próby dotarcia do kopalni w Ludwikowicach Kłodzkich. Były to trudne i kosztowne prace. Nie udało się. Niemcy miejsca te zabezpieczyli w niezwykle profesjonalny sposób. Ich służby specjalne, już po wojnie interesowały się na przykład projektem „Chronos”. W latach 60-tych Urząd Bezpieczeństwa Bundeswery a konkretnie generał Gerhard Hessel zajmował się dalszym pilnowaniem losów tego projektu. Nie wiemy dokładnie na czym to polegało. Niemcy prawdopodobnie interesują do tym wszystkim do dziś.

Co się stało z najbardziej zaawansowanymi typami pojazdów latających „Haunebu” i „Vril”?

Niewiele możemy na ten temat powiedzieć. Dostępne ślady wskazują na Amerykę Południową. Coraz więcej faktów przemawia za tym, że przynajmniej część tego niezwykłego arsenału ewakuowano do Argentyny. Między innymi ze względu na to, że tam lokowano najbardziej zaawansowane projekty badawcze, jak na przykład prace nad super nowoczesnymi myśliwcami odrzutowymi produkowanymi w zakładach Wulfa. Cała dokumentacja i personel techniczny został tuż przed zakończeniem wojny przeniesiony do Argentyny. To samo dotyczy konstruktorów latającego skrzydła braci Horten, czy konstrukcji rakietowych i bomb kierowanych. Ślad argentyński sprawdzałem osobiście, na miejscu. Do wybrzeży Patagonii w 1945 roku dotarły trzy okręty podwodne, przewożąc m.in. dokumentacje dotyczące technologii jądrowej. Niestety do śladów przetransportowania „dzwonu” nie dotarłem.

Według G. Burde, niemieckiego dziennikarza i filmowca, najważniejsze informacje techniczne o napędzie antygrawitacyjnym mogły pochodzić od mediów paranormalnych kontaktujących się z cywilizacją pozaziemską z układu Aldebarana.

Nie analizowałem tej hipotezy i nie miałem dostępu do żadnych dokumentów pozwalających ją zweryfikować. Natomiast w trzeciej części swojej książki „Supertajne Bronie Hitlera” podejmuje problem obiektów latających zwanych Vimana opisywanych w starych pismach hinduskich. W księgach tych znajdują się informacje o napędzie antygrawitacyjnym, które niemalże w stu procentach odpowiadają współczesnym modelom teoretycznym na ten temat. Niemcy nie przypadkowo interesowali się starożytnością. Podejmowano wyprawy do Tybetu i Indii w poszukiwaniu pradawnej wiedzy. A skąd taka wiedza o technologiach istniała w tamtych czasach? To kolejna zagadka.

Dziękujemy

Rozmawiał: Janusz Zagórski

Odpowiedz