Wywiad z Zbigniewem Bolnarem-Blanią
Zbigniew Bolnar – Blania – jeden z pionierów polskiej ufologii i czołowych współczesnych znawców fenomenu UFO.
Z wykształcenia socjolog. Zajmuje go filozofia, szczególnie filozofia nauki. Pierwsze artykuły o UFO opublikował w piśmie „Odgłosy” w 1976 roku. Rok później w „Przeglądzie Technicznym” ukazuje się jego cykl pt. „Niebo pełne UFO”. W tym też roku rozpoczyna się jego publiczna i jednocześnie korespondencyjna polemika ze Stanisławem Lemem. Utrzymuje kontakty zagraniczne z wieloma ufologami a także zawodowymi ufosceptykami jak słynny Philip Klass. Autor takich książek jak dwutomowa „Obecność UFO”, „Zdarzenie w Emilcinie” i „Wszechświat zaludniony”. Drugie wydanie tej ostatniej ukazało się pod tytułem „Rozum kosmiczny”.
Obecnie za pomocą internetu zbiera materiały do swojej najnowszej książki na temat incydentu w Roswell i Laredo
Miał Pan znakomite przygotowanie do zrobienia kariery naukowej? Wybrał Pan… UFO.
Wypatrzenie Rozumu Kosmicznego – i to nie gdzieś hen we wszechświecie, ale w obszarze ziemi – to pęknięcie na pół ludzkiej historii. W obrębie naszej znanej nam historii nie jest możliwe żadne większe odkrycie. To mnie bardziej pociąga, niż odkrywanie kolejnej cząstki „elementarnej”, czy wyjaśnianie prawa opisującego jakieś zachowania człowieka – nawet jeśli, że nie będę pracował w głównym nurcie nauki, a moje ewentualne naukowe odkrycia pozostaną poza akceptowanym polem odkryć naukowych.
Należał Pan do pionierów polskiej ufologii. Na czym to polegało w Pana przypadku?
Latające spodki traktowane były zrazu w Polsce jako wroga propaganda. Po odwilży z 1957 roku pojawiły się pierwsze artykuły spodkowe, ale szybko to się skończyło. Wszelako zainteresowanie tymi sprawami tliło się nieustannie i kiedy w 1977 roku opublikowałem w „Przeglądzie Technicznym cykl artykułów „Niebo pełne UFO”, a rok później w „Przekroju” teksty o Emilcinie, cała Polska zaczęła głośno mówić o UFO. I od tej pory UFO u nas już są.
A jaką rolę spełniło około 100 artykułów prasowych poświęconych UFO opublikowanych w 1958 roku, których autorami byli m.in. Kazimierz Zalewski, Andrzej Trepka?
Największy rozgłos przyniosło Panu zajęcie się przypadkiem spotkania z UFO Jana Wolskiego z Emilcina. Jak pan dzisiaj ocenia tą historię?
Tak samo jak wówczas. Było tak jak mówił rolnik i jak mówili inni. Emilcin był dla mnie widownią wydarzeń pozaziemskich. To dla mnie rzecz pewna.
Procedura badawcza, którą Pan tam zastosował uznać można za wzorcową.
Niektórzy zarzucają jednak, że to jedyne Pana osiągnięcie w badaniach terenowych.
Wypadki w Emilcinie zostały przebadane z rzadko spotykaną na tym polu dociekliwością i fachowością, ale i różniły się od większości ufo-relacji swoją własną, wysoką wiarygodnością. Główny relacjonujący był świadkiem bez mała idealnym ze względu na swoją ignorancję, brak wykształcenia i pewne cechy psycho-społeczne. Był drugi świadek, można było pozytywnie dowieść, że był świadkiem niezależnym i mówiącym zarazem o tym samym, i była cała masa sprzyjających okoliczności podatnych na sprawdzenie. Tak się w Emilcinie wszystko zbiegło, że można było pozamykać wszelkie szczeliny dla wątpliwości. Co zaś tyczy moich innych badań terenowych, to przez lata nie robiłem nic innego tylko jeździłem w teren: ufo – doniesień przebadałem bez liku, tyle, że ich nie ogłaszam publicznie.
Wszędzie stara się Pan używać naukowego języka w podejściu do UFO. Nie widać jednak, aby establishment naukowy zauważył Pana wysiłki w tym zakresie.
W nauce prawda toruje sobie drogę nie dlatego, że uczeni zostają porażeni prawdziwością, lecz raczej z tego powodu, że wymierają oponenci. Nadto nie chodzi tu o jakieś tam kolejne, niechby nawet niesłychane ważne odkrycie, ale coś prawdziwie dramatycznego: o zmianę sposobu widzenia świata – a to proces długotrwały. Krótkotrwały byłby wtedy, gdyby ONI stanęli przed nami i powiedzieli: oto jesteśmy. Ale zrobić tego nie chcą.
Jak to się dzieje, że akceptując możliwość obecności na naszej planecie obcych istot rozumnych kwestionuje pan realność tak szeroko akceptowanego zjawiska jak na przykład „promieniowanie radiestezyjne”?
A co tym dziwnego? Niby dlaczego opowiadając się za UFO musiałbym opowiadać się również za różdżkarstwem? Nie akceptuje go, gdyż badania testujące te niby zdolności zakończyły się tak, że wszyscy biorący w nich różdżkarze się zbłaźnili.
Nie było żadnego związku między ich wskazaniami a faktyczną lokalizacją wody.
Na każdego kto potrafi zademonstrować swoje zdolności paranormalne, w tym różdżkarskie czeka milion dolarów. Podaję adres: Mr James Randi: 201 East, Deivie
Boulevard; S.E. 12th Street: Fort Lauderale; FL 33316-1815 U.S.A. Nie wymaga się tam niczego nadzwyczajnego – jedynie tego, co paranormalni potrafią rzekomo robić na codzień. Ciekawe, że nikt nie zdobył dotąd tej nagrody.
Założył Pan również, że pozaziemskim pojazdom kosmicznym nie może przydarzyć się katastrofa z powodów technicznych. Czy można tak jednoznacznie to rozstrzygać przy tak małej wiedzy jaką posiadamy na ich temat?
Można. Choć ja tego wcale nie zakładam, lecz przeciwnie – ja to wyprowadzam (jako wniosek). I to nie z przesłanki niedowodliwej, lecz absolutnie pewnej. Pewne jest bowiem, że skoro przylatują z gwiazd, muszą dysponować lokomocją gwiezdną.
A w porównaniu z nią loty w obrębie planet są dziecinadą. I dlatego nie należy się spodziewać ufo-katastrof na Ziemi.
CZY UWAŻA PAN, ŻE WŁAŚCIWE ORGANY ODPOWIADAJĄCE ZA BEZPIECZEŃSTWO W USA mówią prawdę dementując oficjalnie swoje zainteresowanie niezidentyfikowanymi obiektami latającymi?
Byłbym zdziwiony, gdyby nie była to prawda. Jeżeli rząd USA uważa, że UFO = ET, to niezrozumiałe byłoby wydawanie ogromnych sum na programy badawcze idące dokładnie w przeciwną stronę, na przykład na nasłuch kosmosu uprawiany przez SETI. czy na wiele różnych działań podejmowanych przez NASA. Skoro się wie, że UFO to ETI, po co wyrzuca się w błoto miliardy dolarów? Są tacy, którzy głoszą brednie, jakoby wojsko przechwyciło UFO i oblatywało te pojazdy na tajnym poligonie w Nevadzie. Po co w takim razie wydaje się kolejne miliardy dolarów na rozwijanie prymitywnej technologii lotniczej?. Poza tym, rząd USA ma swoich doradców naukowych, a skoro establishment naukowy uważa, że UFO to nie ETI – rząd też będzie tak uważał z odtajnionych pod naporem ufologów, tajnych niegdyś dokumentów, nie ma najmniejszych śladów ufo-tajemnicy”.
Lansuje Pan oficjalne stanowisko USAF (Sił Powietrznych USA), że to tajny balon z projektu „Mogul” został potraktowany przez świadków jako wrak UFO pod Roswell.
Jeśli ktoś nie widzi, że opis szczątków przedstawiony przez ich znalazcę, Brazela, jest taki sam jak opis szczątków z projektu „Mogul”, to powinien pójść do okulisty.
W Roswell nie było żadnego pojedynczego balonu, ale zespół złożony z około trzydziestu balonów, z kilku reflektorów radarowych (w owym czasie nie znanych
W Nowym Meksyku!) i z innej aparatury – całość przyczepiona do nylonowej linki mogła mierzyć 200 metrów długości. Badacze Roswell dopuścili się kompromitującej fuszerki nie prześwietlając przeszłości swojego sztandarowego świadka, od którego zaczęła się cała afera. Kiedy zrobił to najlepszy badacz Roswell.
Robert Todd, okazało się, że major Marcel był blagierem i fantastą (podobna opinia znajduje się w jego wojskowych aktach personalnych). Będę bronił tej tezy w czasie pierwszego w Polsce „Sądu nad Roswell”, który organizują wrocławscy ufolodzy 11 grudnia tego roku.
Jeden z najsłynniejszych i najlepszych pisarzy science-fiction na świecie – Stanisław Lem – nie wierzy w istnienie istot pozaziemskich w naszej części Universum.
To jest coś co mnie ciągle zadziwia. Na dodatek twierdzi, że lokomocja międzygwiezdna jest zabroniona przez astrofizykę, co jest jawną nieprawdą.
Niestety, na ten temat nie daje się z Lemem dyskutować, bo on nie chce. Jest mi żal i przykro, że Lem, którego zawsze dręczyła tajemnica Milczenia Kosmosu, sam sobie odtrącił wyjaśnienie, mówiąc, że UFO zajmować się nie warto.
Poddał Pan wnikliwej krytyce słynny program SETI (Poszukiwanie Pozaziemskich Cywilizacji). Zaproponował Pan również zmianę jego „paradygmatu”.
W nauce zmiana paradygmatu zachodzi powoli i z oporami. Nie wystarczy wskazać na nowy paradygmat. Nie wystarczy. Nie wystarczy, że będzie on logiczny i atrakcyjny – jeżeli nowy paradygmat nie będzie miał technicznych środków sprawdzenia własnej prawdziwości, uczeni będą tkwili przy starym. A nowy paradygmat wymaga sprzętu do odbioru programów radiowo-telewizyjnych emitowanych przez pozaziemskie kultury na ich własny wewnątrzplanetarny użytek.
Tego jeszcze na Ziemi nie ma, choć wcale z powodu niedorozwoju technologii.
Odpowiedni zespół sprzężonych radioteleskopów można było zbudować już w latach sześćdziesiątych (Projekt Cyclops) tyle, że nie znalazło się 20 miliardów dolarów.
Próbując odpowiedzieć na pytanie o cel wizyt ET na Ziemi sugeruje pan teorię „ruchu turystycznego” Obcych. Jak się mają do tego wręcz masowe doniesienia o porwaniach i eksperymentach genetycznych na ludziach.
Na tle całości ufo-doniesień, relacji o porwaniach jest stosunkowo niewiele, a wydaje się inaczej, bo uprowadzenia są najbardziej sensacyjne. Wygląda na to, że nie jest tak, iż wszystkie istoty przewijające się w ufolo-zjawisku współpracują ze sobą, koordynują swoje działania albo też realizują jeden wspólny program.. Zjawisko nie musi być jednorodne wewnętrznie: może być i ruch turystyczno-kosmiczny i przeprowadzanie jakichś specjalnych operacji względem Ziemian
Nie widać u Pana zainteresowania hipotezą o obecności Obcych w pradawnej historii świata. Dlaczego?
Poszukiwanie pozaziemskich cywilizacji w ludzkiej historii jest zajęciem pasjonującym, ale zarazem mało płodnym. To są martwe dane, z którymi trudno cokolwiek zrobić. Jeden powie patrząc na malowidło naskalne: „Pradawny twórca przedstawił tu istoty pozaziemskie”, a drugi: „Eee tam!. To są czarownicy albo wyobrażenia duchów”. I na tym się rzecz zamyka. Wszelako sam pomysł, że ONI mogli – by rzec: powinni – pojawić się na Ziemi już bardzo dawno temu jest całkowicie sensowny.
ILU CZASU UPŁYNIE ZANIM LUDZKOŚĆ „OFICJALNIE” ZAUWAŻY OBECNOŚĆ ETI?
Zarysowują się tutaj dwie możliwości: albo my sami ICH wreszcie zauważymy, albo Oni dadzą nam się zauważyć. Interesująca wydaje mi się wszak taka kombinacja: ludzkość ICH oficjalnie zauważy (na razie zauważyły ICH tylko jednostki), ale ONI nadal nie pozwolą się zobaczyć dostatecznie wyraźnie. Będzie się wiedzieć, że tu są, ale nie będzie żadnych powitań. I dopiero, kiedy ustanie przyczyna ich milczenia przed Ziemianami, ludzie z innych światów staną przed nami. Owej przyczyny upatruję w zaś w zbyt niskim poziomie rozwoju bio- i socjostazy człowieka. Jeśli pozostawić ludzkość samej sobie wtedy miną tysiąclecia nim pozbędzie się agresywności i, co gorsza, pierwej będzie wstanie polecieć do gwiazd. W sprawie UFO może więc nie nastąpi żaden przełom, dopóki pierwszy ziemski statek międzygwiezdny nie ruszy w stronę któregoś z ICH słońc. Do pomyślenia jest wszakże i co innego: zanim ludzkość dopracuje się astronawigacji, ktoś może ją pozbawić agresywności, modyfikując dyskretnie jej materiał genetyczny. I nie widziałbym w tym nic nieetycznego, podobnie jak w szczepieniu zwierząt przeciw wściekliźnie. Jęśli bowiem spojrzeć z odpowiedniego punktu widzenia, ludzkość jest w kosmosie stadem wściekłych psów.
Dziękujemy

